Trochę o marzeniach, a trochę o Mostarze

27 listopada


O Bośni można pisać i pisać, wracać wspomnieniami i w nieskończoność uśmiechać się pod nosem.  A przy tym śnić na jawie o kolejnych wizytach. Zaledwie tydzień po wycieczce do Sarajewa, ponownie przekroczyłam granicę kraju i udałam się w kierunku Mostaru. Bo ciekawość, bo popularny wśród podróżników, wreszcie bo tak kiedyś postanowiłam. Bo marzenie. 

Na jakiej zasadzie tworzycie swoją listę podróżniczych marzeń?
Abstrahując od miejsc, które podczas wyjazdów całkowicie nas zaskakują i okazuje się, że czujemy się tam jak w niebie, zwykle w tej czy innej formie (kartce papieru lub w głowie), posiadamy listę podróżniczych celów. Nasze pobudki są zwykle proste - słyszeliśmy, że mieszkają tam ciekawi ludzie, znajomy przywiózł piękne fotografie (to ja i Santorini), albo szukamy kulinarnych wrażeń.

Czasem jednak nie opuszcza nas przeczucie, że to miejsce jest nam w jakiś sposób pisane i istnieje powód, dla którego powinniśmy spakować plecak i wyruszyć w nieznane. Wydaje nam się, że to nasze miejsce na świecie, choć jeszcze nie wiemy, czy zostaniemy na dłużej. Kiedy w głowie pojawia się myśl, że po coś musimy tam jechać, nasza wyprawa przestaje mieć turystyczny wymiar i staje się podróżowaniem wgłąb siebie. Szukaniem odpowiedzi.

Na podstawie tego uczucia wiem, że na przekór wszystkim przeczytanym artykułom, z których dowiedziałam się, że prawdziwe Bali już nie istnieje i to istny horror dla podróżników no-inclusive, oraz wbrew każdemu, kto odważy się powiedzieć, że mi się nie uda, polecę na Bali. Poczuć spokój i równowagę ducha, odnaleźć jeszcze większe szczęście poprzez medytację oraz poszukać mojego Boga w napotkanych ludziach i pod postacią niezliczonej ilości balijskich bóstw. Wstawać każdego dnia o wschodzie słońca i spacerować do utraty tchu. No i jeszcze pobujać się trochę na tej ogromnej huśtawce, którą tyle razy oglądałam na Pintereście.

Mostar pojawił się na mojej liście zupełnie przez przypadek. Któregoś niedzielnego popołudnia postanowiłam spędzić trochę czasu w rodzinnym gronie. Dołączyłam do mamy, która akurat oglądała kulinarny program w telewizji. Kto mnie zna ten wie, że mam dwie lewe ręce i umieścić mnie w kuchni, to prawie jak w więzieniu o zaostrzonym rygorze, ale postanowiłam zacisnąć zęby i wysiedzieć chociaż 15 minut. Okazało się, że program nagrywany był w Mostarze, a podróżnik oprócz kuchni opowiadał również o zwyczajach i kulturze mieszkańców. Pamiętam, jak oczarował mnie widok na ekranie i jak ze zdziwieniem na ustach patrzyłam na śmiałków, którzy skakali ze Starego Mostu. Zdecydowałam, że kiedyś tam pojadę. I w chwili kiedy o tym pomyślałam, wiedziałam że tak się stanie. 

Mostar pierwsze dobre wrażenie zrobił już na mnie z drogi. Miasto leży w dolinie i otoczone jest przez masywy górskie, które podczas naszej jazdy przybrały przepiękne kolory błękitu i fioletu. Żałuję, że nie mam dla Was żadnych zdjęć z tego momentu! Za to poniżej możecie zobaczyć, czym poczęstowali mnie Bośniacy ;)

(Dolma - potrawka z mięsa i ryżu, podobna do gołąbków)

O ile wiele miejsc po zmroku wydaje się bardziej magiczne (dla mnie Wenecja), o tyle czułam, że Mostar zrobi na mnie większe wrażenie za dnia. Kiedy z okna hotelu dostrzegłam górę z krzyżem na szczycie (jak się później okazało górę Hum, około 20 min jazdy z centrum miasta), wraz z koleżanką już wiedziałyśmy, że naszym celem jest wyprawa po wschód słońca. Ku naszemu zdziwieniu, nie musiałyśmy długo przekonywać towarzyszy podróży i o 5 nad ranem, w piżamach i z niemrawym uśmiechem na twarzy, wszystkim udało się oderwać od łóżek. Szaleńcza jazda pod górę (żebyśmy tylko zdążyli!), oczekiwanie na słońce i widok miasta otulonego pierwszymi promieniami słońca, zmieniającego się koloru nieba i gór. No i do tego dwa krzyże górujące nad tym wielokulturowym miastem.






To, co czyni Bośnię i Hercegowinę wyjątkową na tle innych krajów, są jej mieszkańcy. O wspaniałych ludziach, których spotkałam podczas moich wizyt przeczytasz TUTAJ :)

Mostar to miasto kontrastów. Z jednej strony zapierająca dech w piersiach starówka, a z drugiej widoczne zniszczenia wojenne.





(najstarszy most w mieście, miniaturowa wersja Starego Mostu)

Jako miłośniczka Bośni i Hercegowiny nie mogę nie polecić tego miejsca, szczególnie jako jednodniowy przystanek w drodze do Sarajewa lub przez sąsiadujące kraje. W Mostarze odnajdziesz niesamowitą atmosferę, szczególnie poza sezonem - dla mnie intymną, leniwą i tajemniczą. 

Zobacz również

8 komentarze

  1. Piękne zdjęcia. Takie naturalne. Nie jak z folderu turystycznego.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czuje się przekonana ;) Jako "Bałkanolub" chcę tam być! A zdjęcia masz unikalne, nie takie, jak wszędzie, czego szczerze gratuluję!

    OdpowiedzUsuń
  3. Patrząc na zdjęcia przychodzi mi na myśl tylko "Chcę to zobaczyć na własne oczy"!

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne miejsce! Nie pamiętam już co inspirowało nas do ułożenia podróżniczej listy marzeń, ale jest długa, powoli ją realizujemy i to najważniejsze. Na Bałkany wrócimy, kiedyś na emeryturze, bo teraz czekają dalsze krańce świata.

    OdpowiedzUsuń
  5. Faktycznie zaczęłam teraz myśleć, na jakiej podstawie tworzę listę swoich podróżniczych marzeń. Po chwili zastanowienia stwierdzam, że najczęściej jest tak, że przeczytam coś ciekawego o jakimś miejscu i od razu zaznaczam je na swojej mapie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nigdy wczesniej nie slyszalam o tym miejscu, ale chetnie bym sie tam wybrala :)

    OdpowiedzUsuń

Kopiowanie treści i zdjęć bez mojej zgody zabronione.