Florencja-Paryż-Madryt, czyli o spóźnionym syndromie Stendhala

07 kwietnia


Syndrom Stendhala, po raz pierwszy odnotowany we Florencji, we Włoszech, w 1817 roku, to choroba psychosomatyczna, która polega na przyśpieszonym biciu serca, zawrotach głowy, dezorientacji i zmęczeniu spowodowanym widokiem ogromu wspaniałości i dzieł sztuki zgromadzonych na małym obszarze. Byłam przed nim wielokrotnie przestrzegana przed moją wyprawą do Florencji i być może na moje szczęście, zadziałał wręcz w odwrotny sposób. Lub spóźniony - ale tego dowiedzieć się miałam nieco później.

Florencja była opisywana jako wprost stworzona dla mnie. Kolebka renesansu, miasto sztuki, dom Dantego, w końcu współcześniej - miejsce akcji "Inferno", którego lektura dała mi przyjemną wizję aury tajemniczości otaczającej miasto. Nigdy bym nie pomyślała, że Florencja uplasuje się na ostatnim miejscu ulubionych przeze mnie miast we Włoszech. Z ulgą opuściłam jej granice kierując się w stronę nieopodal położonej Sieny - odwiecznej konkurentki i miejsca mojego odpoczynku. Miasto "dla emerytów", jak nazywają je Włosi, dało mi dokładnie to, czego potrzebowałam. Trochę toskańskiej sielanki dla miastowych. Florencja to miasto przez duże M. Porównując je np. z Rzymem, jest jednak malutka jak okruszek chleba. I nie mam tu na myśli terytorium i liczbę ludności, ale atmosferę, jaka panuje w tych miejscach. Florencja to miasto, którego ulicami płyną nieskończone rzesze turystów i wkurzonych tą sytuacją mieszkańców. Florencja to miasto, w którym cały czas trzymam rękę na pulsie, a dokładniej na torebce, która mam wrażenie, bardzo łatwo mogłaby zmienić posiadacza. Florencja to miasto w którym jest zawsze głośno, chociaż nie ma to nic wspólnego z przyjemnym, włoskim gwarem jakiego doświadczyłam w innych miejscach. Kierowcy aut i skuterów zdają się nie zwracać uwagi na tysiące ludzi, zresztą z wzajemnością. W ten sposób, nawet największa w Europie ilość zabytków zgromadzonych w jednym miejscu nie potrafi prawdziwie zachwycić - trudno się dziwić, w końcu na każdym kroku trzeba walczyć o przetrwanie. 

Może rzecz cała miała się nieco inaczej w 1817 roku. Może Stendhal złapałby się za głowę na widok współczesnej Florencji. Sadowiąc się wygodnie na fotelu samolotu powrotnego wiedziałam jedno - szczęście w nieszczęściu, uchroniłam się od choroby! 





Ta historia mogłaby się skończyć w tym miejscu, gdyby nie moja teoria o spóźnionym syndromie Stendhala. W krótkim okresie po wizycie we Włoszech, wybrałam się w podróż do Paryża i Madrytu. W stolicy Francji spędziłam jedynie 9 godzin. Tak krótki czas mógłby uzasadniać brak zachwytów (ewentualnie brak objawów), ale prawdą jest, że ja po prostu utwierdziłam w przekonaniu, że paryski świat jest nie dla mnie. Zbyt uporządkowany, harmonijny, klasyczny... Nudnawy. 

Kiedy po raz pierwszy postawiłam stopę w Madrycie... ZACZĘŁO SIĘ! Okrzyki, omdlenia, wzruszenia, niedowierzanie, szok, zawroty głowy, w końcu zmęczenie tak silne, że chociaż głowa chciała, ciało odmawiało uzewnętrzniania zachwytów. Czy to faktycznie spóźniony Stendhal, czy może ta choroba dopada każdego we właściwym dla niego miejscu i czasie? W każdym razie, wracając wspomnieniami do ukochanego Madrytu i Hiszpanii, jestem teraz w stanie powiedzieć jedynie rozmarzone AAAAHHH...

i do łóżka.

P.S Życzcie zdrowia i do usłyszenia! 

Zobacz również

12 komentarze

  1. Bardzo ciekawy pomysł na wpis i słówko, którego nie znałam, a chyba już chorowałam... Chociaż u mnie na pewno nie nastąpiło to w Madrycie. W Paryżu byłam jako dziecko, Florencji jeszcze nie odwiedziłam. Może więc moim miejscem będzie Lizbona? Pozdrawiam :)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lizbona jest fajna, ale generalnie Francja jest niepowtarzalna. Ja byłam raz i nie mogę się doczekać kolejnej wycieczki. Problemem są drogie hotele, no ale trudno.

      Usuń
  2. Czasami tak bywa, że nasze wyobrażenia o jakimś miejscu bardzo mocno rozmijają się z rzeczywistością. Ale najważniejsze, że znalazłaś dla siebie inne, alternatywne miasto ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zazdroszczę Ci bardzo tej podróży! Marzy mi się odwiedzenie Florencji, a na Paryż choruję od lat :) Czy na skutek syndromu Stendhala można trafić do szpitala? Muszę sprawdzić jak jest z opieką medyczną w tych krajach ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. No zobacz, służba zdrowia jestem, a o takim syndromie nie słyszałam, chociaż objawy miałam-).
    Florencję odebrałam podobnie, jak Ty.Zamiast zachwytu nad zabytkami martwiłam się,aby mnie nie stratowano.To było piekło.Odpoczęłam właśnie w Sienie i innych małych miasteczkach Toskanii.
    Paryż i Rzym to był jeszcze większy jazgot i większe nagromadzenie zabytków.Miata dla mnie nie do życia.
    W Madrycie nie byłam.
    Zachwycił mnie Zurich i tam dopadł mnie owy syndrom. Moim ochom i achom nie było końca, kiedy odwiedzałam muzea i galerie. Spędziłam tam kilka lat i do dzisiaj śni mi się po nocach...
    Pozdrawiam-)
    Irena-Hooltaye w podróży

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale super :) bardzo tam pięknie, kurcze fajnie tak móc wyjechać :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie miałam jeszcze symbolu Stendhala. Może jeszcze nie znalazłam w jednym miejscu tylu wspaniałości

    OdpowiedzUsuń
  7. chciałabym kiedys zobaczyc te miejsca co Ty:), najawzniejsze ze odnalazłaś swoje miejsce:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nigdy nie byłam w tych miejscach, ale zapewne doceniłaś inne miejsca. Nie każdego zachwyca to samo, także Twoja choroba ujawniła sie w innym miejscu. Jak widać słusznie ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo ciekawy wpis. Oby tak dalej :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Każdy oczekuje od najbardziej popularnych miejsc jakiś niesamowitych miejsc zabytków. Jednak nie raz się zawodzimy. Czekam na kolejny twój wpis :)

    OdpowiedzUsuń